Po teście nadgarstkowym byłam, delikatnie mówiąc, sceptycznie nastawiona. Dowiedziałam się w końcu co oznacza szpitalne oblicze agaru. Pachniało jak w szpitalnej izbie przyjęć połączonej z pogotowiem dentystycznym. Albo jak nasączone lekarstwem szpitalne gazy przykładane do rany. Pachniało nawet krwią :/ Potem wszystko się przykurzyło, gęsty olejek z ciemnoczerwonej róży praktycznie był zagłuszony przez szpitalne wyziewy. Stopniowo grzeczniał, o ile można powiedzieć coś takiego o czymś co jest czarno-czarne. Ciemnoczerwona róża zaczęła sie rozwijać na czarnej skorupie przykurzonego agaru i pojawiło się drewno sandałowe. Tylko schyłek był piękny: dymno-różano-agarowo-sandałowo-słodkawy.
Ale nie byłabym sobą, gdybym nie dała mu drugiej szansy (tym bardziej, że to agar :)) i nie przetestowała globalnie. Na szczęście... (tylko dla mojego portfela tak se ;)) Dwa psiki na szyję i dekolt, jeden na nadgarstki i ... black aoud mną zawładnął, szarpnął za nos pełną siłą i nie dał mi się wyzwolić do końca trwania czyli dłuuuuugo.
Jest gęsty i czarny jak smoła, esencjonalny tak, że bardziej nie można. Pachnie agarem na wskroś, agarem palącym się, zmieszanym z labdanum i esencją najciemniejszej czerwonej róży jaką udało się znaleźć. A może to czarna róża? Black Aoud jest absolutnie bezkompromisowy, miękki sandałowiec próbuje złagodzić jego ostry temperament, ale to tylko dobre chęci, którymi piekło wybrukowano. Wpadłam po uszy...

Nuty: mandarynka, róża, paczula z Indonezji, oud z Kambodży, piżmo